Deadline #04,
czyli kreatywna ścieżka zdrowia




Przez ostatnie kilka miesięcy w Warszawie działy się rzeczy niezwykłe, o których wiedziało jedynie wąskie grono kilkuset wtajemniczonych. W ukryciu przed masowym odbiorcą działała podziemna inicjatywa znana jako "Deadline, czyli kreatywna ścieżka zdrowia". Wielu o niej słyszało, nieliczni mieli okazję dotrzeć i zobaczyć, czym jest naprawdę. Tajemnica była integralną częścią tego projektu. Kto był, ten wie, kto nie był, tego strata. Już niebawem odbędzie się czwarta i zarazem ostatnia odsłona tego nietypowego projektu. To Twoja szansa, żeby stać się częścią kreatywnej ścieżki zdrowia.

Czym jest Deadline? Pozwolę sobie wyjaśnić to za pomocą słów zbliżonych do tych, które zostały użyte w zapowiedzi pierwszej odsłony projektu. Tej, od której wszystko się zaczęło.

Wkrótce w mieście po raz ostatni wydarzy się coś niezwykłego. Cała seria dziwnych i niewytłumaczalnych zdarzeń, których tylko pozornie nic ze sobą nie łączy. Deadline to najbardziej tajemniczy sposób na rozwijanie swoich twórczych zdolności. To zupełnie nowa miejska rozrywka, która jest czymś więcej, niż tylko rozrywką.

Społeczność wtajemniczonych zostaje zaangażowana w szereg krótkich akcji, dzięki którym mają okazję dać upust swojej kreatywności oraz sprawdzić się w sytuacjach wymagających kilku innych umiejętności oraz zachowań. W tajemnicy przed innymi tropią to, co nieoczywiste, czerpią z tego, co ich otacza i wspólnie oraz każdy z osobna tworzą coś niezwykłego. To trochę jak ścieżka zdrowia: idziesz z punktu do punktu i wykonujesz rozmaite ćwiczenia, tylko, że tym razem nie ćwiczysz ciała, lecz kreatywność i inne umiejętności psychospołeczne.

Chcemy rozwijać swoją twórczość i przełamywać kolejne bariery, jednak często przekładamy to na później, szukamy bardziej sprzyjających okoliczności na zrealizowanie tych planów. Te okoliczności właśnie nadeszły. Nadszedł czas, żeby wyznaczyć sobie deadline.

Nie pytaj o nic, wszystko wyjaśni się na miejscu. Pojaw się w sobotę 15 stycznia 2011 pod Rotundą i nie daj po sobie poznać, że na coś czekasz. Nie szukaj nas, to my znajdziemy Ciebie. Przed godziną 16:00 załóż okulary przeciwsłoneczne. To będzie dla nas znak, że jesteś wtajemniczony. Miej też przy sobie grzebień, szczotkę do włosów albo przedmiot o podobnej funkcjonalności. Jakiś czas później zrozumiesz, do czego będzie Ci potrzebny. Oczekuj kogoś z naszych ludzi, kto podejdzie do Ciebie i dyskretnie przekaże Ci kartę z dalszymi instrukcjami, a następnie zniknie gdzieś w tłumie przechodniów. A jakiś czas później nadejdzie deadline...


Podsumowanie akcji

      Gdy dwie zakapturzone postacie wyłaniają się z przejścia podziemnego pod Rotundą, nie można mieć złudzeń co do tego, że pomimo pochmurnej pogody i niskich temperatur (co prawda nie tak niskich, jak miesiąc wcześniej – tym razem było około plus pięciu stopni), na finałowej odsłonie projektu Deadline frekwencja nie zawiedzie.
      Rzeczywiście, później okaże się, że na starcie rozdano 70 kartek z instrukcjami. Ciekawe, jak wiele osób chciało do nas dołączyć, lecz im się to nie udało. To pytanie nie jest zupełnie bezpodstawne, ponieważ, sądząc po komentarzach w sieci oraz po rozmowie na żywo z pewnym człowiekiem, który odnalazł nas dopiero w trakcie akcji, nie wszyscy odnieśli sukces w tej kwestii. Ale wróćmy do momentu rozpoczęcia projektu!
      Pomiędzy niewtajemniczonymi osobami stojącymi tego dnia pod Rotundą pełno jest postaci w okularach przeciwsłonecznych. W półmroku da się dostrzec mniejsze lub większe grupki wtajemniczonych, a także pojedyncze osoby, czekające na to, by wyruszyć na czwartą już kreatywną ścieżkę zdrowia.
      Wszyscy starają się zachować pewną konwencję i wspólnie tworzą dla siebie, innych wtajemniczonych oraz dla osób postronnych jedyny w swoim rodzaju spektakl. Oczywiście gdyby chcieli, to mogliby rzucić się na zakapturzone postacie i zacząć wyrywać im kartki z informacjami dotyczącymi lokalizacji szczegółów następnej misji, zaspokajając tym samym swoją ciekawość i zyskując satysfakcję, że dotarli gdzieś i zrobili coś wcześniej, niż inni wtajemniczeni. Zamiast tego wolą wytrwale czekać w miejscu i odgrywać swoją rolę, spoglądając zza ciemnych szkieł na przypadkowych przechodniów oraz inne osoby w okularach.
      Pośród tego wszystkiego przechadzają się postacie w kapturach, podchodzące do wybranych ludzi i wręczające im jakieś kartki. Niektóre osoby postronne zauważają, że wokół dzieje się coś dziwnego, jednak to wszystko pozostaje dla nich zagadką, ponieważ nie są w stanie odgadnąć, dlaczego wszędzie pełno jest osób noszących po zmroku okulary przeciwsłoneczne oraz kim są postacie w kapturach, które co chwila podchodzą do kolejnej osoby lub grupki osób i coś im przekazują, jakieś kartki, na których najwyraźniej zapisane jest coś bardzo ważnego. Ci wszyscy przypadkowi przechodnie, którzy znaleźli się akurat pod Rotundą nie mogą mieć pojęcia, że właśnie zaczęła się czwarta odsłona projektu Deadline.
      Wielu uczestników nie zdejmuje okularów przeciwsłonecznych przez cały bądź większość czasu trwania akcji, co dodaje całemu wydarzeniu specyficznego klimatu. Tym ciekawiej obserwuje się mijanych na Chmielnej wylansowanych ludzi, z których część również ma na nosie okulary przeciwsłoneczne, choć jest już zupełnie ciemno. Osobiście zwróciłem uwagę na jedną taką sytuację. Jak musiała się poczuć idąca z facetem dziewczyna w okularach przeciwsłonecznych, gdy nagle zaczęły mijać ją kolejne osoby, które mogły sprawiać wrażenie, jakby parodiowały jej styl? Na Chmielnej musiało to być szczególnie bolesne!
      Deadline #04 trwa. Tłumy osób zbierają się w zaułku nieopodal Traffic Clubu i uważnie oglądają fragment pewnego manierystycznego obrazu. Panuje tam spory ścisk, wszyscy próbują zmieścić się pomiędzy ścianą, samochodami stojącymi na parkingu, a innymi osobami.
      Wokół da się zauważyć coraz więcej dziwnie zachowujących się osób. Wieszają się na łańcuchach odgradzających chodnik od jezdni, opierają się o parapety przy sklepowych wystawach, niektórzy kładą się na maskach samochodów (warta odnotowania jest zdziwiona i zarazem pełna obaw mina pana parkującego akurat w pobliżu), a jeszcze inni przyjmują dziwaczne pozy bez dotykania jakichkolwiek elementów otoczenia. Są też tacy, którzy szukając odpowiedniego fragmentu przestrzeni oddalają się w kierunku innych miejsc – ulic, murków, Traffic Clubu. Wszystkich łączy to, że są dziwnie pochyleni, a jedną z rąk mają wyciągniętą w nietypowy sposób. Co tu się dzieje?
      Ci, którym udało się zmierzyć z „L'escalier tournant du palais Farnese a Caprarola”, biegną już w stronę pewnego słupa ogłoszeniowego znajdującego się przed wejściem do Empiku przy Marszałkowskiej. Słupy ogłoszeniowe odgrywają szczególną rolę w projekcie Deadline, gdyż często to właśnie na nich można znaleźć dalsze wytyczne, ukryte gdzieś pośród wielu plakatów i ogłoszeń.
      Okolice słupa ogłoszeniowego oświetla ciepłe światło bijące od wystaw sklepów. Uliczni sprzedawcy handlują ze swoich aut kolorowymi przedmiotami. Choć wokół chłodno, to te wszystkie detale nastrajają bardzo ciepło do otaczającej rzeczywistości. Atmosfera doskonale wpisuje się w klimat następnej misji. Wszędzie słychać miłe słowa płynące od uczestników do innych wtajemniczonych oraz do przypadkowych przechodniów. Czasem są to po prostu słowa, innym razem uczestnicy wzbogacają je o uściski. Przez te kilka minut w powietrzu unosi się cała masa komplementów. Ich adresatami okazują się być nie tylko ludzie, lecz także, na przykład, znajdujące się na wystawach sklepowych przedmioty, które spodobały się uczestnikom wydarzenia. Do organizatora Deadline również skierowano kilka komplementów (dotyczyły one projektu). Choć osoby zapoznane z detalami misji były gotowe na te wszystkie miłe słowa, to z pewnością przypadkowi przechodnie musieli być nimi niezwykle zaskoczeni. W końcu nieczęsto zdarza się, że ktoś podchodzi do nas na ulicy i zaczyna mówić nam takie rzeczy. Uśmiech ulicznego handlarza oraz przechodniów zatrzymywanych przez uczestników mówią same za siebie. Misja wykonana!
      Wkrótce kolejne osoby zaczynają pojawiać się przy następnym słupie ogłoszeniowym. Ten znajduje się przy Alejach Jerozolimskich, w pobliżu dwóch budynków Dworca Śródmieście. Na przyklejonych do niego kartkach z instrukcjami można znaleźć odpowiedź na nurtujące uczestników pytanie, które zaczęli sobie zadawać, gdy w sieci pojawiła się zapowiedź czwartej odsłony akcji. Wraz z zapoznaniem się z detalami misji numer cztery jasne stanie się, dlaczego właściwie należało zabrać ze sobą grzebienie, szczotki do włosów lub inne przedmioty o podobnej funkcjonalności.
      O pewnej ściśle określonej godzinie w rękach uczestników pojawiają się wspomniane wcześniej rekwizyty. Niektórzy zaczynają nieco wcześniej, jednak to właśnie w przeciągu czterech minut wskazanych na kartce z instrukcjami następuje apogeum niecodziennych aktywności polegających na czynieniu nieco bardziej wyczesanym wszystkiego, co się da. Ludzie czeszą trawniki, chodniki, krzaki oraz siebie nawzajem. Możliwości jest bardzo dużo. Kilkadziesiąt rozproszonych po okolicy osób z grzebieniami i szczotkami do włosów trudno zignorować. Niektórzy mają również okulary przeciwsłoneczne. Większość kuca lub klęczy nad niewielkim kawałkiem trawnika bądź krzaka. Nieliczni stoją albo przemieszczają się w poszukiwaniu innego skrawka przestrzeni. Jest ich bardzo dużo - kilkadziesiąt osób, czyli znacznie więcej, niż nakazywałby przypuszczać zdrowy rozsądek. Co oni robią? Dlaczego czeszą wszystko, co się da?
      Wkrótce czeszący zaczynają przemieszczać się dalej. Idą w stronę placyku przy stacji metra Centrum. Tam w jednym z zaułków szukają kartek z instrukcjami dotyczącymi misji numer pięć. Jedną z nich znajdą na półprzezroczystym wejściu na peron w stronę Kabat, a drugą na pobliskiej latarni.
      Pośród wtajemniczonych czytających kartki z instrukcjami krążą zakapturzeni rozdający niewielkie karteczki samoprzylepne (ściślej rzecz ujmując, ja w kapturze oraz dziewczyna bez kaptura, ale - tak jak wspominałem w jednym z poprzednich podsumowań - zakapturzenie to pewien rodzaj wtajemniczenia i zaangażowania w funkcjonowanie projektu Deadline, a nie kwestia elementu garderoby) . W powietrzu unoszą się najrozmaitsze, najdziwniejsze idee z pogranicza architektury, surrealizmu, inżynierii i świata absurdu. Pomysły, konstruowane w wyniku działania niczym nieskrępowanej wyobraźni uczestników projektu Deadline, lądują na drobnych karteczkach i zaczynają wypełniać miejsce, którego dotyczą. Wkrótce najrozmaitsze powierzchnie na placyku poobklejane są niewielkimi karteczkami. Wtajemniczeni mogą przechadzać się po okolicy i czytać je, poznając pomysły innych związane z tym samym problemem, podczas gdy dla przypadkowych przechodniów te niewielkie karteczki muszą być dziwnym, niezrozumiałym, lecz przy odpowiednim podejściu niezwykle intrygującym elementem, który z nieznanych przyczyn pojawił się w przestrzeni miejskiej. Zapisane odręcznym pismem karteczki można znaleźć wszędzie – na półprzezroczystych wejściach na stację metra, na przyklejonych w pobliżu kartkach z instrukcjami, na murkach i ścianach placyku, na ubraniach, twarzach i okularach wtajemniczonych, a dzięki uczestnikom, którzy weszli na murek, a następnie wdrapali się jeden na drugiego, jedna z kartek została przyklejona prawie na samym szczycie latarni. Niewielkie karteczki pełne dziwnych zapisków będą tam jeszcze długo po tym, jak ta misja dobiegnie końca.
      Kilka karteczek znajdzie się również na pomarańczowym kontenerze w pobliżu Kinoteki, do którego muszą udać się uczestnicy, aby poznać szczegóły misji numer sześć. Spontanicznie inicjują tam akcję polegającą na próbie uformowania kręgu, w którym każdy siedzi komuś innemu na kolanach. To taki dodatkowy element integracyjny wprowadzony zupełnie oddolnie przez uczestników projektu.
      Wspomniany kontener to kolejne z miejsc ikonicznych dla tego projektu. Poszczególne lokalizacje kartek z instrukcjami wielokrotnie się powtarzały w kolejnych odsłonach. To nie przypadek czy efekt braku pomysłów na inne lokalizacje, w których można by je przyczepiać. Zależało mi na tym, aby sprawić, żeby pewne miejsca w mieście zostały skojarzone z tym projektem i stały się dla jego uczestników jednym z symboli Deadline. To swego rodzaju nadanie nowego znaczenia miejscom, z którymi być może do tej pory nie mieliśmy żadnych skojarzeń – kontener na śmieci, którego prawdopodobnie nawet nie zauważaliśmy, jedne z wielu słupów ogłoszeniowych, niepozorna budka telefoniczna, nie dostrzegany wcześniej zaułek na placyku przy metrze... Te wszystkie nie przykuwające na co dzień uwagi miejsca niespodziewanie stają się stałym elementem pewnego projektu, a w naszej świadomości zostają z nim nierozerwalnie związane. To już nie jest po prostu jakiś słup ogłoszeniowy albo kontener. Dzięki tej konsekwencji w doborze lokalizacji, stają się one dla nas czymś szczególnym. Świadomość wydarzeń, których były częścią, emocji, jakie te wydarzenia generowały oraz skojarzeń związanych z poszczególnymi miejscami, jest czymś, co oddziela wtajemniczonych od osób, które nigdy nie założyły okularów przeciwsłonecznych po zmroku i nie ruszyły w nich w miasto.
      W pobliżu pomarańczowego kontenera na uważnych uczestników projektu Deadline czekała pewna niespodzianka. Otóż na ścianach i kolumnach PKiN wciąż można było natknąć się na pozostałości misji „Czym mogłoby być Hourglass Pendulum, gdyby nie było tym, czym nie jest”, znanej z Deadline #03. Wciąż bez problemu dało się dostrzec rozmaite rysunki wykonane kredą, a najbardziej rzucały się w oczy narysowane z wykorzystaniem dużej jej ilości okulary – symbol projektu Deadline.
      Ulice były mokre od deszczu i odwilży. W większości miejsc problemy z przyklejaniem kartek z instrukcjami były bardzo duże. W niektórych z nich (słupy ogłoszeniowe) radziliśmy sobie zużywając spore ilości taśmy klejącej. W przypadku wejścia do metra i latarni w pobliżu niego po prostu przyłożyliśmy papier do mokrej powierzchni i wszystko się trzymało. Natomiast jeśli chodzi o kontener, to wykorzystaliśmy fakt, że choć jego wierzch był całkowicie mokry, to znajdowała się pod nim kompletnie sucha wnęka, w której bez problemu udało się przykleić kartki.
      Następne minuty upływają pod znakiem relaksu. Siadam na murku nieopodal kontenera i na kilka chwil naprawdę przestaję myśleć o projekcie oraz o tym wszystkim, co dzieje się wokoło. Gdzieś w okolicy wielu wtajemniczonych również odpoczywa. Tobie też, czytelniku, proponuję przerwać na chwilę lekturę niniejszego tekstu, odprężyć się, zrelaksować i powrócić tutaj dopiero za kilka chwil... Zrób to w tym momencie.
      Kolejnym miejscem, które przykuwa uwagę uczestników, jest oblepiona plakatami ściana nieopodal kina Atlantic.
      Przed Deadline #04 w sieci można było natrafić na rozmaite wypowiedzi, których autorzy obawiali się, że termin czwartej odsłony projektu koliduje z datą i godziną innego nietypowego wydarzenia w przestrzeni miejskiej, jakim jest realizowany nieprzerwanie od 2004 roku flash mob sylwestrowy. Już ósmy rok z rzędu grupa znana jako Warszawski Front Abstrakcyjny planowała powitać nowy rok o 11,5 miesiąca wcześniej niż inni. Wielu wtajemniczonych zastanawiało się, jak pogodzić te dwie imprezy. Zrezygnować z Deadline? Zrezygnować z Sylwestra? Odłączyć się na chwilę od Deadline, by wziąć udział w Sylwestrze?
      Wszystkie te osoby z pewnością odetchnęły z ulgą, gdy przeczytały tekst wydrukowany na kartkach przyklejonych na oblepionej plakatami ścianie nieopodal kina Atlantic. Okazało się, że misja numer siedem oraz flash mob WFA są jednym i tym samym! To od dawna zapowiadany abordaż innej akcji! Już wkrótce uczestnicy projektu Deadline mieli stać się częścią legendarnego, organizowanego od wielu lat flash moba. O skali tego zjawiska niech świadczy fakt, że gdy na udział w Deadline #04 na Facebooku zadeklarowało się nieco ponad 300 osób, to na wspomnianego Sylwestra zapowiadanych uczestników było powyżej 900. Obie liczby są oczywiście znacznie na wyrost, gdyż nigdy nie jest tak, że znajdują one bezpośrednie odzwierciedlenie w rzeczywistości, ale można traktować je jako pewien predyktor frekwencji.
      Przygotowania do tej misji miały dla mnie szczególny charakter, ponieważ w kolejnych odsłonach nietypowego Sylwestra biorę udział od samego początku i jestem na tym wydarzeniu co roku. Za każdym razem przynoszę ze sobą ten sam zielony łańcuch choinkowy oraz własnoręcznie wykonany transparent. Na transparencie sprejem wymalowany jest rok, który witamy. Co roku biorę niewielki skrawek materiału, doczepiam go do transparentu i maluję na nim nową cyfrę, aktualizując w ten sposób swój rekwizyt. Podobnie było w tym roku. Przed rozpoczęciem misji rozpiąłem kurtkę, założyłem na szyję zielony łańcuch choinkowy, po czym zapiąłem suwak, starannie ukrywając łańcuch. W kieszeń włożyłem transparent, a w drugą przygotowaną specjalnie na okoliczność tegorocznego Sylwestra kartkę formatu A3 z wymalowanym sprejem napisem „2012 KONIEC”. Tak przygotowany byłem gotów ruszyć na flash mobową imprezę sylwestrową, będącą jednocześnie misją numer siedem.
      Pod budynkiem dawnej Galerii Centrum prawdziwe tłumy. W akcji bez wątpienia weźmie udział kilkaset osób. Wszyscy czekają na moment, w którym rozpocznie się odliczanie. Będzie je słychać wszędzie wokoło, a po nim zacznie się spektakularna kolorowa zabawa, pełna różnorodnych rekwizytów i aktywności. Szczęśliwego Nowego Roku!
      Po udanej imprezie sylwestrowej wtajemniczeni udają się w okolice jednego z mało uczęszczanych wejść na stację metra Centrum. Znajduje się ono na parkingu nieopodal PKiN, a do jego szyb poprzyklejane są kartki ze szczegółami misji, która ma zachęcić uczestników do wyjścia poza schematyczne myślenie i do przećwiczenia tak zwanego myślenia lateralnego. Do rozwiązania zadania z dziewięcioma kropkami bez wątpienia wymagane jest kreatywne myślenie. Prawidłowe rozwiązanie przedstawionego problemu uczestnicy znajdą na kartce ze szczegółami następnej misji.
      Kartka przyklejona do słupa ogłoszeniowego przy kebabach na Świętokrzyskiej przykuwa uwagę uczestników z dwóch powodów. Po pierwsze znajdują się na niej wytyczne kolejnej misji kolektywnej, o której więcej napiszę dalej, jednak najpierw zwrócę uwagę na drugi element, jakim jest rozwiązanie zadania znanego z poprzedniej misji. Otóż przygotowując grafikę będącą odpowiedzią popełniłem błąd, który na szczęście zauważyłem jeszcze zanim kartki zostały rozwieszone. W ruch poszedł długopis, a wydrukowana odpowiedź została zamazana i zastąpiona właściwym rysunkiem stworzonym odręcznie.
      Podczas przygotowań kreatywnej ścieżki zdrowia trzeba być bardzo czujnym, ponieważ niektóre błędy mogą całkowicie zniszczyć projekt. O ile niezgodna z prawdą odpowiedź na kartce z instrukcjami mogłaby, co najwyżej, wywołać zdziwienie na twarzach uczestników i sprawić, że byliby nieco rozczarowani, to już omyłkowa zamiana miejscami dwóch karteczek z instrukcjami albo podanie błędnej informacji odnośnie lokalizacji następnej kartki, czy też złe wyliczenie czasu potrzebnego uczestnikom na wykonanie misji i dotarcie z jednego miejsca w drugie, mogłyby mieć znacznie bardziej poważne konsekwencje.
      Z kartek zawieszonych na słupie ogłoszeniowym w pobliżu kebabów wtajemniczeni dowiadują się, że grzebień, szczotka do włosów lub inny przedmiot o podobnej funkcjonalności będą im potrzebne ponownie. Misja kolektywna odbędzie się w okolicy przejść dla pieszych przy restauracji McDonald’s przy Świętokrzyskiej.
      Podczas trwania Deadline warto kontrolować czas. Ja oraz zakapturzeni utknęliśmy na czerwonym świetle i trwającą już misję mogliśmy obserwować jedynie z perspektywy drugiej strony ulicy. W oczekiwaniu na zmianę światła wyciągnąłem z kieszeni grzebień i rozpocząłem realizowanie misji tam, gdzie stałem. Gdy światło zmieniło się na zielone, błyskawicznie dołączyłem do wtajemniczonych. To, jak wyglądała ta misja, najlepiej opisać z perspektywy przypadkowego przechodnia.
      Wyobraź sobie, że idziesz ulicą i nagle uświadamiasz sobie, że wszędzie wokół pełno jest osób, które stojąc w miejscu trzymają w wyciągniętych przed siebie dłoniach grzebienie i wpatrują się w nie jakby były w transie, bezustannie powtarzając słowa: „jeszcze nie jestem szalony, jeszcze nie jestem szalony, jeszcze nie jestem szalony”. Rozglądasz się wokół siebie i nie możesz uwierzyć w to, co widzisz. Atmosfera jest niezwykła. Wszędzie nieruchome sylwetki postaci z grzebieniami w dłoniach. Głosy poszczególnych osób mieszają się ze sobą i jedyne, co słychać, to monotonne, powtarzane mechanicznie słowa: „jeszcze nie jestem szalona, jeszcze nie jestem szalony, jeszcze nie jestem szalona, jeszcze nie jestem szalony”.
      Misja kolektywna dobiega końca, ale atmosfera była tak niezwykła, że uczestnikom wciąż jest mało. Ktoś proponuje, żeby wtargnąć z grzebieniami do restauracji McDonald’s. Po krótkich namowach uczestnicy ruszają w kierunku drzwi. Wchodzą do środka z grzebieniami w dłoniach i wpatrzeni w nie przechodzą przez fast food. Kierując się do drugiego wyjścia wciąż powtarzają: „jeszcze nie jestem szalony, jeszcze nie jestem szalona”. Osoby siedzące przy stolikach nie kryją zdumienia. Pracownicy również patrzą zdziwieni. W sytuacji, w której przez restaurację przechodzi tłum osób z grzebieniami i wszyscy zgodnie mamroczą, że nie są szaleni, przestaje być istotne to, że część z nich ma na sobie okulary przeciwsłoneczne, choć na ulicy już od dawna jest ciemno. Poziom absurdu i tak jest znacznie powyżej średniej.
      Swoją drogą, w ciągu tych kilku miesięcy wiele osób musiało natrafić na różnorodne dziwne sytuacje z udziałem postaci noszących po zmroku ciemne okulary. Wiele razy były to wydarzenia, o jakich opowiada się innym. Ciekawe, ile osób słyszało lub było świadkami kilku takich incydentów, a następnie połączyło fakty i uznało ciemne okulary noszone po zmroku za zwiastun nietypowych wydarzeń, wrzucając te sytuacje oraz zapowiadający je rekwizyt do szuflady z legendami miejskimi.
      Postacie z grzebieniami maszerują przez restaurację McDonald’s, kierując się w stronę drugich drzwi. Gdy wszystkie osoby już przez nie przejdą, grzebienie, szczotki do włosów oraz pozostałe rekwizyty (np. ktoś wziął ze sobą szczoteczkę do zębów), ponownie zostaną schowane do kieszeni, a to spontaniczne przedłużenie misji numer dziewięć dobiegnie końca.
      Przy okazji opisu tej sytuacji wspomnę, że na Deadline #04 próżno było szukać inicjowanych przez tłum ryzykownych działań, które dało się zaobserwować szczególnie podczas dwóch pierwszych odsłon projektu. Oczywiście znalazło się miejsce na rozmaite spontaniczne zagrania, ale w porównaniu z tym, co już widywaliśmy na Deadline, były one stosunkowo niegroźne.
      Po wykonaniu poprzedniej misji, uczestnicy projektu kierują się w stronę wąskiej alejki odchodzącej od pasażu Wiecha. Wtajemniczeni z dużym stażem z pewnością pamiętają ścisk, jaki panował tam podczas pierwszej odsłony projektu. Tym razem również jest bardzo tłoczno, gdy kilkadziesiąt osób usiłuje wcisnąć się w wąski przesmyk pomiędzy dwoma budynkami, by zapoznać się z detalami misji numer dziesięć, której nazwa brzmi „Misja ostateczna”, a zarówno ćwiczona podczas niej umiejętność, jak i deadline na jej wykonanie zostały określone za pomocą tych samych słów: „to zależy od Ciebie’.
      W drodze wyjątku detale tej ostatniej misji pozwolę sobie przytoczyć tutaj w całości. Zachęcam, żeby nie tylko uczestnicy projektu, lecz również każdy, kto przeczyta te słowa, wziął je sobie do serca i zaczął wdrażać. Oto treść misji numer 10 z Deadline #04.
      „Rozejść się i ćwiczyć swoją kreatywność oraz rozwijać się na co dzień, a nie tylko od święta. Deadline to jedynie pewien pretekst, a nie warunek konieczny. Tyle nienazwanych misji jest wszędzie wokół nas. Nie bójmy się ich wykonywać. Kontynuuj swój Deadline na własną rękę.”
      Tymi słowami kończy się czwarta kreatywna ścieżka zdrowia. To już ostatnia karteczka, jaką uczestnicy projektu przeczytają podczas Deadline #04.
      W pobliżu ciemnej, niepozornej wąskiej alejki panuje entuzjazm przemieszany z pewnego rodzaju żalem, że coś się skończyło. Tłum powoli zaczyna się rozchodzić. Uczestnicy gratulują zakapturzonym postaciom udanego projektu Deadline. Kilkakrotnie rozlegają się owacje, entuzjastyczne krzyki oraz skandowane przez tłum "hip hip hurra!". Czuję, że powinienem jakoś zareagować na ten pozytywny odzew, więc wchodzę na stopień przed pobliskim kebabem i, nie zdejmując kaptura oraz okularów przeciwsłonecznych, do końca pozostając anonimowym, dziękuję wszystkim za wzięcie udziału w projekcie.
      Deadline #04 dobiega końca.
      Cały projekt również się kończy, jednak pozostaje po nim kilkaset osób w okularach przeciwsłonecznych, które przemierzają ulice tego miasta. Pamiętajcie, że te okulary to nie element garderoby, lecz sposób myślenia. Działajcie dalej, zgodnie z założeniami „Misji ostatecznej”.
      Cel został osiągnięty.
      Deadline stał się faktem.
      Misja wykonana.