Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia.

Ale zanim wszedł, już wiedział jak będzie ono wyglądało. A wyglądało identycznie jak te, z którego właśnie wyszedł. I jak poprzednie i poprzednie i poprzednie... Tak jak w poprzednich pomieszczeniach, zaczął iść prosto przed siebie. Znała na pamięć wszystkie mijane rzeczy. Mógłby iść właściwie z zamkniętymi oczami. Wszystko wyglądało identycznie jak w poprzednich pomieszczeniach. Po chwili dotarł do kolejnych, wyglądających  identycznie jak poprzednie, brązowych drewnianych drzwi. Zamknął oczy. Położył dłoń na klamce. I tak wiedział co będzie za kolejnymi drzwiami, które właśnie otworzył.

 

Autor tego rozdziału: Klonu

 

#

 

Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia

ęłęóMężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia. Rozejrzał się po nim i stwierdził, że... już tu był!

"Hmmm... - pomyślał. - Co jest grane? Skoro cały czas odwiedzałem kolejne pomieszczenia i ani razu się nie cofnąłem, a znalazłem się teraz tam gdzie już kiedyś byłem, to znaczyłoby, że indywiduum czasoprzestrzenne zbioru tych pomieszczeń jest tak wyindywidualizowane,że aż zakrzywione, a to oznaczałoby, że nieograniczoność tej przestrzeni jest ograniczona trójkątną kwadraturą koła pod postacią absolutnej elipsy wyrażającej się niebieską herbatą o posmaku cynamonu i powodującej, że pierwsze zdanie tego rozdziału jest takie same jak następnego, a żółta ściana po lewej jest zieloną po prawej..."

Mężczyzna spojrzał na lewą ścianę, której nie było, a potem na prawą, która była. Była. W dodatku była biała.

Fakt ten bardzo zaciekawił mężczyznę... Następnie go strapił, rozbawił i obrócił o 360 stopni zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Teraz mężczyzna wiedział, że ma już tylko dwa wyjścia: albo zgłębi ten temat jeszcze głębiej, opisze go w uczonych pracach aby potem - kosztem marnych dwudziestu ośmiu kaw i trzech całkiem niezłych - zrewolucjonizować współczesną naukę i zmienić całkowicie sposób naszego patrzenia na świat, albo też przejdzie do następnego pomieszczenia.

Wobec tak ciężkiego problemu, nasz bohater musiał się zastanowić.
Po trzech sekundach i szesnastu setnych przeszedł do pomieszczenia następnego.

Autor tego rozdziału: TAS

 

#

 

Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia

Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia. Znajdował się w nocnym autobusie. Po chwili drzwi otworzyły się ponownie. Wychodząc po schodkach dostrzegł, że naprzeciw wyszedł mu młody mężczyzna. Wysoki, o pięknym uśmiechu i bystrych przejrzysto-niebieskich oczach. Z jego postawy bił spokój, pewność siebie i lekka obojętność wobec świata. Mężczyzna poczuł miłość do tego właśnie człowieka. Ten rodzaj miłości, którą czuję się po sam czubek nosa, a opuszki palców same drżą. Czuł się podniecony i poddenerwowany obecnością człowieka, który był bardziej nim, niż jemu samemu kiedykolwiek udało by się być. Zaczęli od trywialnej rozmowy o jeżach. O uśmiechaniu się do nieznajomych. Piciu i byciu. Szli poprzez oświetlone miasto, które niczym nie różniło się od miasta dnia. Duże natężenie światła, może tylko ludzi jakoś mniej, ale to chyba tylko lepiej. Pływali w swoich opowieściach trywialnych, w świecie onirycznym, gdzie śnili sen czyjś inny. W myślach mężczyzny kołatała się myśl, że spotkał człowieka, którego mógłby nazwać przyjacielem. Spotkał człowieka przechodzącego przez pomieszczenia podobne do tych w jakich jemu samemu było dane się znaleźć. Ale wiedział, że mężczyzna będzie musiał iść przez swoje drzwi. Znajdzie swoje wyjście. I z tego powodu już pękało mu serce. Wiedział, że nadejdzie dzień, w którym młody odejdzie, a mężczyzna zostanie sam. I już nie będzie pamiętał jak smakuje świat bez niego. Jak dotyka woda, jak wiatr. Jedyne co będzie potrafił przywołać to rytm bicia serca młodego. I rytm jego kroków. Zapomni potem o wszystkim co było. Ale teraz ważne są jedynie te chwile, gdy idą przez miasto, śmieją się, patrzą z niedowierzaniem, że się odnaleźli w pomieszczeniach. Ich pomieszczeniem było miasto. Ale mężczyzna znienawidził tego, że młody go opuści. Obiecał sobie, że nie powie młodemu o tym, że jedyne czego pragnie to związać z sobą ich ścieżki. By ich bajka nie skończyła się jak w bajce o czapli i żurawiu. Bał się, że młody nie będzie mu mówił o drodze jednej, lecz o ścieżkach, które się nigdy nie złączą. Miał mężczyzna rację w swych obawach. Młody nie potrafił kochać. Miał piękne serce, niczym nie zranione, silne i zdrowe. Ale zimne. Nie wzruszały go łzy mężczyzny, ani jego ból. Potrafił jedynie towarzyszyć mu przez nocne miasto. Pewnej nocy mężczyzna przybiegł pod dom młodego w deszczu. Wpatrywał się przez sekundę w zapalone światło, by jeszcze chwilę pomyśleć nim podaruje mu swe umęczone, posklejane serce. Wbiegł po schodach, drzwi otwarły się i podarował młodemu całe swoje serce, z nadziejami, lękami, z miłością. Przemoknięty czuł się gorzko. Wyszedł. Mężczyźni trwali potem przy sobie. Jeden bez serca i drugi bez. Żyli tak przy sobie, mówiąc, że się kochają. Chociaż mężczyzna wiedział, że się świat skończy z odejściem młodego, gdyż stał się on jedynym właścicielem jego serca. Gdy odejdzie, on też będzie jedynie szukał w kolejnych pomieszczeniach spokoju dla pustki, którą zostawił by wypełnić ją sercem młodego. Żyli, rozmawiali, śmiali się, płakali. Żyli z sobą. Żyli myśląc, że są dobrzy i, że tworzą sobie wzajemnie dobry świat. A serce mężczyzny coraz bardziej kamieniało. W złych rękach się znalazło. Nie było to serce, które można komuś podarować. To było serce wolne i lepiej było by je utopić w rzece, zostawić na dnie, zamiast je uśmiercać niewolą. Mężczyzna czuł pustkę, ale myślał, że pustkę tą wypełni kiedyś odwzajemniona miłość, w którą bardzo chciał wierzyć. Pewnego dnia trzeba było im się rozstać i poszukać swoich pomysłów na przemierzenie drogi. Młody mężczyzna, najpiękniejszy i najokrutniejszy stanął przed drzwiami i ściskają w ręku serce mężczyzny puścił go przodem mówiąc: "Kocham Cię! Robię to dla nas!". Mężczyzna z pustką wszedłprzez kolejne drzwi tylko po to by móc zapomnieć o miłości i móc jej szukać, by wypełnić pustkę, po młodym, który odebrał mu serce i zabił w nim umiejętność kochania.

 

Autor tego rozdziału: Elkaaa

 

#

 

Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia

Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia. Wszedł sprężystym krokiem, wyprostowany, z uniesioną głową- zupełnie jak Sean Connery w filmach o Jamesie Bondzie. Tak też się czuł. „Jestem kowalem swojego losu”, myślał. Wiedział doskonale, co tu robi, a to dodawało mu jeszcze większej pewności siebie. Przeciętny mężczyzna boi się tego pomieszczenia, ale nie on. Chciał udowodnić coś sobie. Prawdę mówiąc, chciał udowodnić jej, że się myli. Niesłusznie zarzucała mu, że sobie nie poradzi. Przecież on jest stuprocentowym mężczyzną i potrafi wszystko! Wiadomo, bał się trochę, ale nie miał zamiaru okazywać strachu. Znał trochę to pomieszczenie. Oczywiście nie aż tak dobrze jak ona, ale jej tu nie było, postanowiła nie patrzeć mu na ręce. Pewnie bała się, że będzie go rozpraszać w tak trudnym dla niego momencie. Mógł więc działać metodą prób i błędów- w tej grze miał kilka „żyć”. W dzisiejszych czasach trudno jest udowodnić kobiecie, że jest się księciem z bajki. A przecież był, no czego mu brakowało? Chociaż gdyby miał wybierać, wolałby walczyć na miecze o jej miłość. Niestety, dziś czekało go o wiele trudniejsze zadanie.

Coś zabuczało. Wzdrygnął się ze strachu. Ufff- fałszywy alarm. „Jestem twardy, dam radę” powtarzał sobie. Wziął do ręki nóż- wyglądał jak prawdziwy wojownik. Następnie zabrał się do roboty. Nie było tak łatwo jak myślał…

Po kilku godzinach, z uśmiechem triumfu na twarzy, spocony, zmęczony i nieziemsko… głodny, zabrał się za konsumpcję kolacji, którą przygotował dla nich dwojga. Doceniła jego trud, a to liczyło się najbardziej. Od tej pory kuchnia nie jawiła mu się już jako ziejący ogniem potwór. Tylko bucząca zmywarka pozostawiła po sobie niesmak.

Tak więc sam pozmywał, a potem udał się do kolejnego pomieszczenia…

 

Autor tego rozdziału: ???

 

#

 

"Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia"

"Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia"

pachniało miętą, zaschłym brudem, kurzem z głębokiej przeszłości... Poza tym było chłodno i ta mięta uderzała go tak ostro w spojówki, aż mu łza spłynęła. I ciemno było tak, że oko wykol.

- Ale dlaczego jest tak ciemno - pomyślał, i zaraz potem potknął się o coś dużego i przerażająco bezwładnego, że aż musiał się podparciem gwałtownym ratować, by nie rymsnąć, jak długi. Aż ciarki mu przebiegły po plecach, a po chwili oblał się zimnym potem.

- Kurwa - zaklął, choć na codzień powściągał język, tym razem zląkł się tak bardzo, że trudno było mu zapanować nad sobą.

- A z resztą - pomyślał - czy ktoś uwierzłby mi, gdybym powiedział w takim momencie -

- O jejku - albo - cholipcia?

- Hahahaha...- zaśmiał się głośno, na samą myśl o tym...

W międzyczasie, wcale tego nie kontrolując, szedł z wyciągniętą przed siebie ręką badając przestrzeń przed sobą, a stopami szurał, jak starzec, w obawie przed kolejną przeszkodą.

- Gdzie ja idę wlaściwie - powiedział całkiem głośno.

Zastanowiło go głębokie echo, które brzmiało niczym zlowieszcza otchłań. Skóra mu ścierpła, gdy coś chłodną wilgocią musnęło mu nogę na wysokości kolana i z wyraźnym szuuuu znikło. Przerażony stanął. Wstrzymał oddech, wyostrzył słuch, a oczy miał wytrzeszczone do granic możliwości, choć tak naprawdę nic nie widział.

- Boże, gdzie ja jestem - tym razem pomyślał najciszej jak potrafił.

Kamyk. Może nie kamyk. No, w każdym razie COŚ stuknęło. W tej ciszy brzmiało tak głośno jak wszystkie organy  świata...

Czuł narastające przerażenie, nogi śliskały mu się na mokrej i chłodnej mokrym kamieniem powierzchi, i szedł tak szurając, i szedł z wytrzeszczonymi oczami, i wcale nie zamykał powiek, i łzy moczyły mu koszulę, i słyszał szczęk własnych zębów...

- Szuuu - znowu poczuł dziwne i bardzo nieprzyjemne dotknięcie, czegoś co szybko się przemieszczało.

- Zwariuję... - zatrzymał się całkiem rozdygotany i nie wiedział, już całkiem, gdzie skręcić, co robić, żeby stąd uciec, wyjść. I nie pomagały mu w tym dziecięce sposoby, które dotąd stosował w trudnych dla siebie sytuacjach: zamykanie oczu, myślenie o ciepłym i przytulnym pokoju na trzecim piętrze. Bo właśnie wyobraźnia podpowiadała mu teraz niesamowite historie: bał sie o nich mysleć, że je myśli...

- Szuuu..-

- Kuuurrwwa!!! - odbiło się wielokrotnym echem, zakręciło zastałym i starym powietrzem.

Biegł. Trudno mu było utrzymać równowagę na mokrych i nierównych głazach, i  co jakiś czas podpierał się ręką już niemal wywrócony, by w tym swoim panicznym strachu, odbić się niemal cudem, by powstać gnając coraz szybciej w dal, bo trudno powiedzieć, że przed siebie. W nicość raczej...

Ile to trwało? nie wiedział. Po prostu biegł, powstawał, gdy się potknął. I biegł dalej nie wiedząc, ani gdzie jest, ani co tu robi, ani ile to trwa, ani co mu przemyka koło nogi - i nawet nie chciał się, prawdę mówiąc,  dowiedzieć co to jest, bo wyobraźnia podpowiadała mu straszne rzeczy -  podświadomie, nie chciał się przekonać co takiego jest.

- Uciec stąd - myślal intensywnie i wciąż biegł, słysząc wokół swoje kroki, jakby ich kilku, nie jeden biegł...

Żołądek miał całkiem rozdygotany, dyszał, jak mały parowóż - trochę ze strachu, a trochę ze zmęczenia. powoli czuł, że strach tłumi narastające w nim zmęczenie. I biegł dalej, jak w transie, mechanicznie niemal, i czuł szuu obok, i biegł, i biegł. Nie wiedzial, czy biegnie dalej, czy może drobi ciągle w tym samym miejscu. Już nad tym nie panował wcale - jakby jego ciało oddzielilo się od niego: ono biegło, a on je obserwował w ciemności.

Kolejne przebiegnięte metry śliskiego chłodu zostawały za nim. Ale czy na pewno?

Już nie zastanawiał się nad tym wcale. Po prostu biegł.

- Tam jest życie, tam jest słońce - myślał, rozcierając obite, po raz kolejny, kolano...

- Ratunku - wszystko w nim krzyczalo, choć tak naprawdę nie wydał z siebie dźwięku...

I tylko to szuu... I ciarki, i biegł coraz szybciej, i już krzyczał na całe gardło, jakiś bełkot strachu wydobywając  z siebie. Rodzaj strasznegp bełkotu, który nawet jego samego przerażał.

I wtedy znowu potknął się, by z całym impetem, z energią jaką w bieg wkladał, wyrżnąć o to, co było mu przeszkodą. Nagle zachwiało nim strasznie, zamachał rękami, wstrzymał oddech, zdążył przekląć i nim pomyslał - leżał, jak długi, a właściwie sunął z szybkością rakiety, po mokrych i śliskich zimnem kamieniach. Myślał, że wieki to trwało, i tak naprawdę to nie wiedzial ile.

 Wydawało mu się, że ciągle leżąc sunie naprzód,  i że już tak będzie na zawsze. Dopiero głośne łup, wyrwało go z letargu i zamroczony jeszcze mocnym uderzeniem w głowę, zorientował się, że trafił na COŚ znajomego przed sobą. Twarde i gładkie.

Rozcierając jedną ręką czoło, powoli macał tą gładkość przed sobą. Podniósł prawą rękę w górę i obleśne szuu otarło mu się o stopy. Zelektryzowany tym dotykiem - podskoczył. Uderzenie w głowę zamroczyło go niemal całkowicie. Ocknął się i nie wiedział wcale, czy minęła minuta, czy wieczność - odkąd tak leżał.

- Kuurrwaa!!! - bezsilnie to brzmiało, niczym skomlenie szczeniaka. Płakał i nie mógł tego łkania powstrzymać. Kucnął i trząsł się cały. I kiedy kolejny szloch mocno nim wstrzasnął, zdał sobie sprawę z tego, ze opiera się plecami o znajomą gładkość. Zamarł. Powoli unosił się, aż głową natknął się na stalową twardość.

Nacisnął ją, a klamka nie stawiała oporu....

 

Autor tego rozdziału: BEAta Pflanz:)

 

Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia

Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia. Teraz był tylko małym, zranionym chłopcem, a my piliśmy herbatę jego łez… jak wampiry krew. Teraz wiem, że to było złe, że postąpiliśmy nikczemnie, ale też byliśmy tylko dziećmi! On jednak nigdy o tym nie zapomniał, a fala wspomnień powaliła go na kolana, wciągnęła w mroczne głębiny, a on słyszał w uszach nie szum morza, ale fałszowanego „wlazł kotka”. Nie rozumiesz? Tam nie było tynkowanych ścian, skrzypiącej podłogi… To tylko przeszłość, którą przykrył kurz wstydu. A przeszłość się rozmyła i straciła swój wymiar… pozostały tylko te drzwi, żeby mógł kiedyś tu wejść i skonfrontować się z tym, o czym chciał zapomnieć. I żeby nam wybaczył. Tak bardzo tego pragnęłam…

Gdyby były tam okna, to na pewno ktoś zasłoniłby je grubymi zasłonami z czarnego flauszu. A gdyby tam była miłość… wyparowałaby- tak gorąco, gęsto i duszno było od wciąż żywych emocji. Czym tam pachnie? Strachem. I jest bardzo głośno- jego krzyk nie był słyszalny w kakofonii bicia serc. Przecież nie był tam sam. Każdy z nas tam musi kiedyś wejść…

To się działo dawno temu w szkole. Widział wyraźnie znów ten sam długi korytarz, przeszklone gablotki tematyczne, dziewczynki grające w gumę. Szedł do mnie z laurką w serduszka. Czerwienił się. A my? Wyśmialiśmy go… Cała klasa śmiała się z niego. Był dzieckiem do bicia. Był bity wyzwiskami. Uciekł. I nigdy już nie wrócił. Zmienił szkołę, zmienił się. A my nawet nie wiedzieliśmy, że ranimy… Nie pamiętamy nawet, czemu tak bardzo mu dokuczaliśmy. Chyba dlatego, że był od nas mądrzejszy. I inny- mama zabraniała oglądać mu telewizji, zakazała jeść chipsów i pilnowała, żeby nosił czapkę w zimie. A my zawsze mu ją chowaliśmy w damskiej toalecie.

Teraz chcieliśmy to naprawić. Wyłowiliśmy go z bezkresnego oceanu wspomnień, przeprowadziliśmy resuscytację. Czekaliśmy, co powie.

Długo się nie odzywał, wpatrzony w nas czerwonymi oczami, dyszący, wystraszony. Bał się. Ale tym razem, to my się baliśmy bardziej. Nie chcieliśmy być do końca życia sekutnikami. Potem on zaczął mówić. Akompaniował mu mój szloch…

Wszystko skończyło się dobrze, ale tylko dlatego, że zrozumieliśmy nasze błędy i przypłynęliśmy po niego. Jeżeli ty ich nie zrozumiesz, ktoś może utonąć pod ciężarem złych wspomnień…

Potem każdy z nas musiał iść w swoją stronę. Ja chciałam iść z nim, ale odmówił. Dałam mu tylko laurkę w serduszka, którą namalowałam dla niego. Wyskoczył z łódki, znów silny i pewny siebie, i popłynął kraulem do kolejnych drzwi…

 

Autor tego rozdziału: ???

 

#

 

Mężczyzna wszedł do następnego pomieszczenia

Mężczyzna wszedł do następnego pomieszczenia. Zamrugał ze zdziwienia oczami. Było to wnętrze bogatego, przestronnego apartamentu, o wystroju przywodzącym na myśl dziewiętnastowieczną, angielską rezydencję. Z prawej wystawał ze ściany bogato rzeźbiony, wygaszony kominek, w którego otworze, oddzielonym od pomieszczenia kutą w zawiłe, podobne płaskorzeźbom indyjskich świątyń wzory kratą, zmieściło by się z pewnością kilkoro ludzi. Przed kominkiem, parę kroków na wprost od niego, stały dwa masywne fotele z fikuśnie wzorzystymi kapami. Równie zdobione kutasy starczały na wpół urwane Na jednym z nich dostrzegł bezładnie rzuconą kupkę koronkowych gałganów. Wszedłszy kilka kroków rozejrzał się uważnie, szukając dalszych drzwi. Ściany, pomalowane na nieprzyjemny odcień zieleni, poobwieszane były barwnymi tkaninami; udrapowanymi chustami z cienkiego jedwabiu; gobelinami, przedstawiającymi sceny polowań; śniedziejącymi szablami, rapierami, pistoletami. Mebli było tutaj niewiele: szafeczka obok kominka, stoliczek między fotelami, sekretarzyk z egzotycznego drzewa zaraz za nimi, prosty regał naprzeciw kominka. U sufitu zwieszał się kryształowy pająk, to z niego płynęło jasne światło rozjaśniające pomieszczenie. Okien nie było. Odniósł wrażenie, że wszystkie będące tu przedmioty, porozstawiano bez żadnego obeznania, bez żadnego planu. Nie pasowały do siebie, tylko z pozoru składając się na jednolity wystrój wnętrza. Podszedł do ściany, którą zobaczył naprzeciw wejścia - tam spodziewałby się następnych drzwi, które wyprowadziły by go z tego miejsca - lecz nie było tam ich. Popodnosił wiszące na ścianach tkaniny, lecz nie spostrzegł nawet śladu futryny. Tknięty nagłym pomysłem spojrzał na sufit, lecz i tam nie widniała żadna klapa. Podłogę też sprawdził. Chciał usiąść na jednym z foteli, aby spokojnie przemyśleć, lecz usłyszał cichy, zmęczony głos:

- Albercie, Albercie ! - Ze zdumieniem spostrzegł, iż to co brał za kupkę gałganów, było w istocie niemożebnie wychudzoną staruszką. Jej siwa głowa uniosła się, plecy wyprostowały; niewidzącymi oczami rozglądała się po pomieszczeniu. Podszedł zaraz, zaś staruszka uspokoiła się.

- Och, Albercie! Wołałam cię, a ty nie odpowiadałeś. Gdzie tak długo byłeś? Podaj mi moje kapcie, gdzieś tutaj leżą - Podał i rzekł zaraz:

- Nie jestem Albertem

- Doprawdy? - zapytała staruszka mrużąc oczy. Zaczęła grzebać wśród fałdów ubrania aż znalazła swe okulary. Włożywszy je spojrzała nań i rzekła:

- Rzeczywiście, nie jest pan Albertem. Gdzie zatem jest Albert?

- Niestety nie mam pojęcia ani kim on jest, ani gdzie. Przepraszam najmocniej, ale nie wie pani, gdzie tu są drzwi?

- Drzwi mu się zachciewa! A na cóż panu one? Na całym świecie jest ich mnóstwo, a mój Albert jest tylko jeden, gdzie on jest?

- Już mówiłem, nie wiem tego.

- Ach, rzeczywiście, mówił to pan. A w takim razie kim pan jest?

- Wszedłem tutaj, przez te drzwi, ale najchętniej bym wyszedł. Niech mi pani powie, gdzie są drugie?

- A pan znowu o drzwiach. Nie ma tutaj drugich, są tylko te. Niech pan zawraca, ale najpierw niech mi pan odszuka mojego Alberta.

- Już pani powtarzałem...

- Och dobra!, mówił pan, wiem. Ja jestem stara i o wielu sprawach zapominam, ale tego już nie    zapomnę. - Milczała przez chwilę, aż rzekła:

- Jestem hrabina De Saint Cosell, z rodu Poponignione.

- Bardzo mi miło - odparł, biorąc w swoją jej drobną rękę usiadłszy obok. - Ja zaś...

- Do tego kim pan jest dojdziemy później - przerwała mu hrabina. - Teraz żądam aby pan włączył się w poszukiwania Alberta, jest mi potrzebny.

- A kim jest Albert? - spytał zniecierpliwiony.

- Moim służącym.

- A ściślej?

- No... pomagał mi. Przynosił śniadanie, zmiatał kurz. Niech pan tu wokoło spojrzy jak się nakurzyło. Ja bardzo lubiłam Alberta, od kiedy Hrabia... odszedł, Albert zawsze mnie wspierał. Pamiętam raz, jak wrócił późno, a ja spałam, i zbudził mnie. Bał się, że umarłam. Niech pan mi pomoże! Albert...

- Dobrze! Spróbuję. Kiedy go pani ostatnio widziała?

- Właściwie powinien się pan do mnie zwracać per Hrabina, ale już nie będę się bawiła w konwenanse. - odparła staruszka bez związku. - Nie wiem, nie liczę już czasu, moja pamięć nie przechowuje takich informacji. Chyba jakieś... Nie, nie pamiętam. Dawno. - W jej oczach zakręciły się łzy.

- Jak wyglądał Albert?

- W zasadzie, to nie jestem pewna. Wysoki, blondyn, oczy zaś... , ach te jego błękitne oczy! Gdybym była młodsza pewno zakochała bym się w nim.-   Westchnęła

- Nie wiem. Nie wiem gdzie teraz jestem, i nic się pani nie przydam. Nie wiem gdzie jest pani Albert, i nie będę w stanie go odnaleźć.

Milczeli przez dłuższą chwilę, wpatrując się w kratę kominka.

- Pamiętam... - zaczęła hrabina. - Pamiętam jak pierwszy raz się pojawił. Byłam wtedy młodsza, ładniejsza. Akurat tego dnia sprzątałam, a hrabina... Cóż ja mówię!, to przecież ja jestem hrabiną. Ja jestem! - Mężczyzna spojrzał na nią, zastanawiając się, do jakiego rodu należą te ręce. W bogaty strój każdy może się przyoblec.

- Och, proszę poczekać! - zawołała nagle, przerywając jego obserwacje. - Ja mam tu zdjęcie, zdjęcie Alberta! Niech pan poczeka. - Wstała. Drobnymi, trzęsącymi się rękami, zaczęła przeszukiwać szufladki sekretarzyka. Pliki karteczek wyrwanych z notatnika, stare książki, zasuszone ogryzki, zmięte gazety o pożółkłym ze starości papierze - wszystko to posypało się na podłogę. Cała ta drobna marność legła pośród kłębów kurzu. Podniósł się, gotów odejść, lecz staruszka zaraz odwróciła się.

- Niech pan nie odchodzi! Niech pan zostanie - Wyjęła mały kartonik. - Tu. Tu jest jego zdjęcie. Niech pan jeszcze zobaczy. To w nie wpatruję się niekiedy, kiedy go nie ma, kiedy czuję się taka... , taka samotna. Niech pan spojrzy. - Wziął kartonik, i uważnie się mu przez chwilę przypatrywał, zwrócił go zaraz czując jak zaciska mu się gardło, z żalu.

- Jest bardzo piękny pani hrabino.

- Dziękuję. Jest pan miły.

- Niestety, nie odnajdę go.

- Wiem - odparła tuląc kartonik do piersi. Oczy błyszczały jej od tłumionych łez.

- Czy na pewno nie ma tu innych drzwi? - spytał.

- Tak, nie ma. Musi pan wyjść przez te.

- Bardzo żałuję pani hrabino, ale muszę już iść. Było mi bardzo miło pani hrabino. - Skłonił się aż do ziemi. Ujął klamkę. Zamarł jeszcze chwilę, przypominając sobie zdjęcie, podane mu przez staruszkę. Kartonik był biały, nie było na nim żadnego wizerunku, żadnego zdjęcia wysokiego blondyna o niebieskich oczach. Spojrzał jeszcze za siebie, na wariatkę. Wariatka pomachała mu swą drobną, kościstą dłonią, przyciskając pusty kartonik do piersi. Mężczyzna uśmiechnął się do niej, wziął głęboki oddech, i otworzył drzwi...

 

Autor tego rozdziału: KubaGrom

 

#

 

Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia

Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia. Zapalił papierosa. Obejrzał się w lewo. Nic. Obejrzał się w prawo. Nic.

Myśli atakowały go ze wszystkich stron. Walczył dzielnie, lecz wiedział, że jest to bezcelowe. Był skazany na porażkę. Myśli było za dużo. Były nieprzewidywalne, nie odczuwały zmęczenia, natomiast on już zaczynał opadać z sił. Mężczyzna gonił już ostatkiem sił. Filtr zaczął się już palić, parząc jego palce.

Wtem! nie stało się nic! I to właśnie ten moment zadecydował o jego upadku. Bronił się, jak mógł. Walczył jak lew. Lecz pokonała go nicość. Wdarła się do jego umysłu, jak noc w środku dnia, jak śnieg w lipcu. Mężczyzna oddał się kontemplacji z nieskrywaną ekstazą. Nicość ogarnęła jego umysł, wszystkie zmysły, całą jego osobowość.

-Cóż jest skoro nie ma nic? - Pomyślał mężczyzna.

I już miał się rozpłynąć w nicości, gdy zauważył drzwi. Zwykłe drewniane drzwi z klamką i dziurką od klucza. Nie było w nich nic szczególnego. Ale ta dziurka... Mężczyzna był tak zajęty swą walką z wszechogarniającymi myślami, że nie zwrócił wcześniej uwagi na drzwi. Ale ta dziurka... Starał się jeszcze udawać, że drzwi nic dla niego nie znaczą. Gdyby chciał mógłby mieć setki takich drzwi. Ale ta dziurka...

Nagle drzwi zaczęły atakować swoim jestestwem coraz silniej. Wyczerpany poprzednią walką mężczyzna począł poddawać się urokowi drzwi a przede wszystkim dziurki. Leniwym krokiem wciąż jeszcze próbując walczyć zaczął się do nich zbliżać.

I wtedy nastąpiło coś co zmieniło wszystko. A była to nicość. Nicość, która jak mogło się wydawać odpuściła już nierówną walkę z drzwiami. Zaatakowała ze zdwojoną siłą. Mężczyzna nie zastanawiał się długo. Jednym susem przemierzył resztę drogi, wyciągnął rękę i pociągnął za tak bardzo pociągającą klamkę.

 

Autor tego rozdziału: Dariusz Dziewięcki

 

#

 

Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia, było niezwykle przestronne i jasne, dzięki oknom sięgajacym podłogi, w których wi

Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia, było niezwykle przestronne i jasne, dzięki oknom sięgajacym podłogi, w których wisiały lekkie haftowane firany. Wnętrze wyglądało jakby od wieków nikt go nie odwiedzał, wszystkie sprzęty pokrywała gruba warstwa kurzu, a w kątach znajdowały się wielkie pajęczyny. Całość sprawiała wrażenie spokoju, które w pewnym momencie zakłucił podmuch wiatru wpadający przez jedno z otwartych okien. Mężczyzna podszedł do niego, wyjrzał i zobaczył bardzo dziwny ogród, pełen niespotykanych roślin. Chciał wyjść na zewnątrz, ale przeszkodził mu w tym dzwięk wydobywający się z za drzwi. Nie wiedział dokąd one prowadzą, podszedł i delikatnie nacisnął klamkę...

 

Autor tego rozdziału: Czarna Mamba

 

#

 

Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia

Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia.

Z rozpędu poślizgnął się na kafelkach i wpadł do płytkiego zbiornika wypełnionego wodą.

Tym razem pomieszczenie było bardzo obszerną łazienką. Hm... ale typowa łazienka raczej nie ma czarnych kafelków, w dodatku woda, która wypełniała dziwne kanaliki dookoła, była czasem w kolorze czerwonym, innym razem wypływała jako idealnie biała.

'Ta łazienka wygląda oryginalnie...'

W dodatku nie było tam żadnych kranów czy kurków na ścianach. Na całym suficie znajdowało się lustro, odbijające każdy skrawek pomieszczenia.

Mężczyzna zaczął się rozglądać i zastanawiać - 'Gdzie jest źródło światła...?'

Wstał i zobaczył, że niektóre kafelki zostały zastąpione ściennymi źródłami światła, przypominającymi filtry przeciwsłoneczne. Pomieszczenie mimo to było jednak dobrze oświetlone.

Mężczyzna wstał, wyszedł z brodzika i chciał się chociaż pozornie otrzepać z wody. Ta ciecz jednak nie zachowywała się jak woda. Tuż po wyjściu z brodzika płyn zaczął samemu powracać do reszty cieczy. Poszczególne krople sunęły szybko po kafelkach, powracając do swojego domu. Ciecz delikatnie falowała, mimo, że w pomieszczeniu nie było żadnego źródła wiatru. Mężczyzna czuł wręcz duszność, parność. Żadnego powiewu świeżego powietrza.

Ta duszność nie była jednak uporczywa. Była... hipnotyzująca. I towarzysząca temu cisza, mimo tego, że woda cały czas lekko falowała.

Mężczyzna zrobił kilka kroków naprzód, zatrzymał się dopiero przed największym w tym pomieszczeniu basenem. Basenem w łazience... Basenem o sporych rozmiarach, przynajmniej dziesięć na dziesięć metrów. Woda była w nim czarna, idealnie czarna.

'Czarna dziura instant. Dodać wody i mieszać 5 minut...' zakpił w duchu mężczyzna.

Wtedy stało się coś niepokojącego. Woda w tym basenie zaczęła kapać - ale z dołu na górę. Wpierw pojedyncze, gęste krople zaczęły 'spadać' na sufit, potem wąskie stróżki. Na sam koniec cała ciecz przelała się do góry. Ciecz jednak nie chlupotała, była idealnie cicha. Żadna z kropel nie została w basenie, którego dno było idealnie białe. Na którego dnie stało Lustro wysokie na dwa metry...

Ciecz na suficie przestała chlupotać, jej powierzchnia była perfekcyjnie gładka, odbijała też obraz z pomieszczenia, ale już nie tak dobrze jak lustro, które obecnie zakrywała. Płyn w kanałach otaczających basen również się uspokoił, lekko zgęstniał, nabrał połysku.

'To tylko sen, tylko gra mojego umysłu. Tak, to tylko stan umysłu... Nie mam nic do stracenia.'

Mężczyzna wskoczył do basenu i podszedł do Lustra. Na około metr przed nim zatrzymał się. Lustro było wysokie na dwa metry, szerokie na około jeden metr i nie miało żadnych metalowych ram. A co najważniejsze - unosiło się nad powierzchnią ziemi. Mężczyzna dotknął jego, ono jednak w ogóle się nie przesunęło. Dopiero po chwili mężczyzna zobaczył, że obraz w Lustrze jest inny. Wszystkie kolory były tam przeciwne tym, które są w rzeczywistości. Widział wszystko w negatywie. Z jednym wyjątkiem. On pozostawał taki sam.

Po ponownym dotknięciu Lustro zmieniło swą powierzchnię, stało się na chwilę matowe, aby potem wyraźnie ściemnieć. Po chwili rozległ się głos, którego źródła mężczyzna nie mógł zlokalizować:

- Widzisz to, co jest Tobie dane zobaczyć.

'To nie może być prawda, aby Lustro ze mną rozmawiało... Albo cokolwiek innego...' pomyślał mężczyzna.

- Moim zadaniem nie jest przekonywanie Ciebie, z kim rozmawiasz. Sam musisz to zrozumieć.

- Nic nie powiedziałem przecież! - krzyknął zdenerwowany człowiek.

- Myśli to też Słowa. To Słowa, które mówimy sami do siebie. Ja słyszę wszystko.

- Gdzie ja jestem? Co to za miejsce? I z czym lub z kim rozmawiam?

- Słowa, słowa, słowa... A nie zapytasz się o grawitację?

- I co z grawitacją?

- Tak łatwo Wami manipulować, za grosz nonkonformizmu. - zaśmiało się Lustro, a biała woda w okolicznych kanałach zafalowała.

- W każdej chwili możesz stać się kupą odłamków. Już słyszałeś, że nie mam nic do stracenia.

Czerwona ciecz zafalowała, szybko jednak się uspokoiła.

- A więc nie jesteś tylko Lustrem... Jesteś wszystkim, co płynne. Sprytne. - powiedział mężczyzna - Tylko kim jesteś?

- Jestem Lustrem, które pokazuje podwójne odbicie.

- A płyn dookoła?

- Powiedzmy, że to moje alter Ego.

- Zadaję pytania i żądam konkretnych odpowiedzi. Nie proszę, żądam.

- I co? Myślisz, że przestraszę się zwykłego człowieka?

Mężczyzna uformował prawą dłoń w pięść, podniósł ja do góry i powiedział:

- Myślę, że tak.

Wszystkie wody zafalowały i tym razem nie ucichły. Dało się słyszeć na raz szum morza, powiew wiatru, szmer strumyka, strugi deszczu, odgłos wody lecącej z kranu. Woda mówiła swoim językiem.

- Ta ciecz, płyn, jakkolwiek to nazwiesz, to zarówno moja ochrona, w końcu w niej byłem zatopiony, jak i poszczególne części mojego charakteru, które wzajemnie się uzupełniają.

- Czyli czerwona to standardowo miłość, biała to pokój i czystość dziewicy a czarna to niebezpieczeństwo? - zakpił mężczyzna.

- Widzę, że ironia nadal jest Wam bliska. Sarkazm, ironia, cynizm, jakkolwiek to nazwiecie. To takie ludzkie...

- Nie zmieniaj tematu.

- Dobrze. Biała ciecz to śmiech, radość, dlatego się zaśmiała, to swego rodzaju optymizm.

Czerwona ciecz to coś na kształt honoru, waleczności. A czarny płyn jest jak noc. Z jednej strony otula swą czernią, daje schronienie, z drugiej strony wydaje się przerażać.

- Wszystkie te ciecze i Ty, Lustro, jesteście całością? Ale kim Wy wszyscy jesteście?

- Jestem tylko Ja. Już mówiłem, jestem Lustrem, które pokazuje podwójne odbicie.

- Po co tu jestem?

- Czy o to chcesz zapytać Lustro? Ja służę tylko próżności. - biała ciecz bardziej od pozostałych zafalowała.

- Racja. Tylko czemu obraz widziany w Tobie jest podwójnie odbity.

- Pokazuję tę samą rzeczywistość, jeśli chodzi o kształty. Widzisz jednak przeciwieństwo obrazu, negatyw rzeczywistości.

- Dlaczego?

- Patrzysz we mnie każdego dnia. Widzisz siebie, tę samą osobę. Jednak inną, bo nigdy jej nie dotkniesz, Wasze lewe dłonie nie są tymi samymi dłońmi.

- Tak ma każde lustro. Skąd te inne kolory?

- Ile razy patrząc we mnie zastanawiałeś się, że jesteś przystojnym człowiekiem, serdecznym, uśmiechniętym. Że reprezentujesz dobro?

- Zdarzało się, jak każdemu chyba.

- Nie ma osoby w 100% dobrej. W zakamarku Twojej Duszy zawsze czai się Zło, które tylko czeka na Twą słabość, na drobne zawahanie. Nie pokonasz Go nigdy, Ono może czasem tylko po prostu zostać uciszone - ale nigdy zniszczone absolutnie.

- Twoją rolą jest stanie więc w basenie wypełnionym czarną cieczą i czekanie, aż ktoś ujrzy Zło, jakie w nim siedzi? Przeuroczo...

- Jestem tylko Lustrem.

- Idę z pokoju do pokoju, od drzwi do drzwi. Tutaj jednak nie ma kolejnych. Czy moja droga się kończy? A jeśli tak, to jak mam ją tu zakończyć?

Nagle jedna czarna kropla spadła nieopodal.

- Jestem tylko Lustrem.

Kolejne krople padały do basenu, powoli jego dno pokrywało się czarnymi plamkami.

- Nie zgadzam się z Tobą! Zło w sobie zawsze można pokonać. Zawsze można mu się przeciwstawić. Ty nazywasz to uciszeniem, ja określę to jako pokonanie. Tylko dzięki istnieniu tego zalążka Zła wiemy, czym naprawdę jest Dobro.

Krople zaczynały zmieniać się w strużki.

- To już nieważne. Nie ma kolejnych drzwi. - oznajmiło Lustro.

- Mów o sobie. - błysk w oku mężczyzny spowodował, że biała i czerwona ciecz zaczęły występować z kanałów, czarna zaczynała powoli zapełniać basen - Pokazujesz tę inną rzeczywistość, tę Złą, tak? Nieprawda. Nie ma Złej rzeczywistości. Rzeczywistość kształtują wybory naszego Życia, naszej Drogi. A ja nie mam nic do stracenia!

Mężczyzna wbił otwartą dłoń w Lustro zupełnie tak, jakby Lustro było drzwiami do tej drugiej rzeczywistości. Szkło nie rozbiło się na tysiąc kawałków, wręcz przeciwnie. W miejscu uderzenia powstał uchwyt, który mężczyzna natychmiast pociągnął do siebie i 'otworzył Lustro'. Kątem oka zobaczył w Lustrze tego drugiego siebie. Alter Ego mężczyzny powiedziało:

- Masz rację. Wygrałeś z samym sobą.

Mężczyzna wbiegł przez Lustro-drzwi do kolejnego pomieszczenia. 

 

Autor tego rozdziału: Piotrek R.

 

#