Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia. Znajdował się w nocnym autobusie. Po chwili drzwi otworzyły się ponownie. Wychodząc po schodkach dostrzegł, że naprzeciw wyszedł mu młody mężczyzna. Wysoki, o pięknym uśmiechu i bystrych przejrzysto-niebieskich oczach. Z jego postawy bił spokój, pewność siebie i lekka obojętność wobec świata. Mężczyzna poczuł miłość do tego właśnie człowieka. Ten rodzaj miłości, którą czuję się po sam czubek nosa, a opuszki palców same drżą. Czuł się podniecony i poddenerwowany obecnością człowieka, który był bardziej nim, niż jemu samemu kiedykolwiek udało by się być. Zaczęli od trywialnej rozmowy o jeżach. O uśmiechaniu się do nieznajomych. Piciu i byciu. Szli poprzez oświetlone miasto, które niczym nie różniło się od miasta dnia. Duże natężenie światła, może tylko ludzi jakoś mniej, ale to chyba tylko lepiej. Pływali w swoich opowieściach trywialnych, w świecie onirycznym, gdzie śnili sen czyjś inny. W myślach mężczyzny kołatała się myśl, że spotkał człowieka, którego mógłby nazwać przyjacielem. Spotkał człowieka przechodzącego przez pomieszczenia podobne do tych w jakich jemu samemu było dane się znaleźć. Ale wiedział, że mężczyzna będzie musiał iść przez swoje drzwi. Znajdzie swoje wyjście. I z tego powodu już pękało mu serce. Wiedział, że nadejdzie dzień, w którym młody odejdzie, a mężczyzna zostanie sam. I już nie będzie pamiętał jak smakuje świat bez niego. Jak dotyka woda, jak wiatr. Jedyne co będzie potrafił przywołać to rytm bicia serca młodego. I rytm jego kroków. Zapomni potem o wszystkim co było. Ale teraz ważne są jedynie te chwile, gdy idą przez miasto, śmieją się, patrzą z niedowierzaniem, że się odnaleźli w pomieszczeniach. Ich pomieszczeniem było miasto. Ale mężczyzna znienawidził tego, że młody go opuści. Obiecał sobie, że nie powie młodemu o tym, że jedyne czego pragnie to związać z sobą ich ścieżki. By ich bajka nie skończyła się jak w bajce o czapli i żurawiu. Bał się, że młody nie będzie mu mówił o drodze jednej, lecz o ścieżkach, które się nigdy nie złączą. Miał mężczyzna rację w swych obawach. Młody nie potrafił kochać. Miał piękne serce, niczym nie zranione, silne i zdrowe. Ale zimne. Nie wzruszały go łzy mężczyzny, ani jego ból. Potrafił jedynie towarzyszyć mu przez nocne miasto. Pewnej nocy mężczyzna przybiegł pod dom młodego w deszczu. Wpatrywał się przez sekundę w zapalone światło, by jeszcze chwilę pomyśleć nim podaruje mu swe umęczone, posklejane serce. Wbiegł po schodach, drzwi otwarły się i podarował młodemu całe swoje serce, z nadziejami, lękami, z miłością. Przemoknięty czuł się gorzko. Wyszedł. Mężczyźni trwali potem przy sobie. Jeden bez serca i drugi bez. Żyli tak przy sobie, mówiąc, że się kochają. Chociaż mężczyzna wiedział, że się świat skończy z odejściem młodego, gdyż stał się on jedynym właścicielem jego serca. Gdy odejdzie, on też będzie jedynie szukał w kolejnych pomieszczeniach spokoju dla pustki, którą zostawił by wypełnić ją sercem młodego. Żyli, rozmawiali, śmiali się, płakali. Żyli z sobą. Żyli myśląc, że są dobrzy i, że tworzą sobie wzajemnie dobry świat. A serce mężczyzny coraz bardziej kamieniało. W złych rękach się znalazło. Nie było to serce, które można komuś podarować. To było serce wolne i lepiej było by je utopić w rzece, zostawić na dnie, zamiast je uśmiercać niewolą. Mężczyzna czuł pustkę, ale myślał, że pustkę tą wypełni kiedyś odwzajemniona miłość, w którą bardzo chciał wierzyć. Pewnego dnia trzeba było im się rozstać i poszukać swoich pomysłów na przemierzenie drogi. Młody mężczyzna, najpiękniejszy i najokrutniejszy stanął przed drzwiami i ściskają w ręku serce mężczyzny puścił go przodem mówiąc: "Kocham Cię! Robię to dla nas!". Mężczyzna z pustką wszedłprzez kolejne drzwi tylko po to by móc zapomnieć o miłości i móc jej szukać, by wypełnić pustkę, po młodym, który odebrał mu serce i zabił w nim umiejętność kochania.
Autor tego rozdziału: Elkaaa
#