Mężczyzna wszedł do następnego pomieszczenia. Zamrugał ze zdziwienia oczami. Było to wnętrze bogatego, przestronnego apartamentu, o wystroju przywodzącym na myśl dziewiętnastowieczną, angielską rezydencję. Z prawej wystawał ze ściany bogato rzeźbiony, wygaszony kominek, w którego otworze, oddzielonym od pomieszczenia kutą w zawiłe, podobne płaskorzeźbom indyjskich świątyń wzory kratą, zmieściło by się z pewnością kilkoro ludzi. Przed kominkiem, parę kroków na wprost od niego, stały dwa masywne fotele z fikuśnie wzorzystymi kapami. Równie zdobione kutasy starczały na wpół urwane Na jednym z nich dostrzegł bezładnie rzuconą kupkę koronkowych gałganów. Wszedłszy kilka kroków rozejrzał się uważnie, szukając dalszych drzwi. Ściany, pomalowane na nieprzyjemny odcień zieleni, poobwieszane były barwnymi tkaninami; udrapowanymi chustami z cienkiego jedwabiu; gobelinami, przedstawiającymi sceny polowań; śniedziejącymi szablami, rapierami, pistoletami. Mebli było tutaj niewiele: szafeczka obok kominka, stoliczek między fotelami, sekretarzyk z egzotycznego drzewa zaraz za nimi, prosty regał naprzeciw kominka. U sufitu zwieszał się kryształowy pająk, to z niego płynęło jasne światło rozjaśniające pomieszczenie. Okien nie było. Odniósł wrażenie, że wszystkie będące tu przedmioty, porozstawiano bez żadnego obeznania, bez żadnego planu. Nie pasowały do siebie, tylko z pozoru składając się na jednolity wystrój wnętrza. Podszedł do ściany, którą zobaczył naprzeciw wejścia - tam spodziewałby się następnych drzwi, które wyprowadziły by go z tego miejsca - lecz nie było tam ich. Popodnosił wiszące na ścianach tkaniny, lecz nie spostrzegł nawet śladu futryny. Tknięty nagłym pomysłem spojrzał na sufit, lecz i tam nie widniała żadna klapa. Podłogę też sprawdził. Chciał usiąść na jednym z foteli, aby spokojnie przemyśleć, lecz usłyszał cichy, zmęczony głos:
- Albercie, Albercie ! - Ze zdumieniem spostrzegł, iż to co brał za kupkę gałganów, było w istocie niemożebnie wychudzoną staruszką. Jej siwa głowa uniosła się, plecy wyprostowały; niewidzącymi oczami rozglądała się po pomieszczeniu. Podszedł zaraz, zaś staruszka uspokoiła się.
- Och, Albercie! Wołałam cię, a ty nie odpowiadałeś. Gdzie tak długo byłeś? Podaj mi moje kapcie, gdzieś tutaj leżą - Podał i rzekł zaraz:
- Nie jestem Albertem
- Doprawdy? - zapytała staruszka mrużąc oczy. Zaczęła grzebać wśród fałdów ubrania aż znalazła swe okulary. Włożywszy je spojrzała nań i rzekła:
- Rzeczywiście, nie jest pan Albertem. Gdzie zatem jest Albert?
- Niestety nie mam pojęcia ani kim on jest, ani gdzie. Przepraszam najmocniej, ale nie wie pani, gdzie tu są drzwi?
- Drzwi mu się zachciewa! A na cóż panu one? Na całym świecie jest ich mnóstwo, a mój Albert jest tylko jeden, gdzie on jest?
- Już mówiłem, nie wiem tego.
- Ach, rzeczywiście, mówił to pan. A w takim razie kim pan jest?
- Wszedłem tutaj, przez te drzwi, ale najchętniej bym wyszedł. Niech mi pani powie, gdzie są drugie?
- A pan znowu o drzwiach. Nie ma tutaj drugich, są tylko te. Niech pan zawraca, ale najpierw niech mi pan odszuka mojego Alberta.
- Już pani powtarzałem...
- Och dobra!, mówił pan, wiem. Ja jestem stara i o wielu sprawach zapominam, ale tego już nie zapomnę. - Milczała przez chwilę, aż rzekła:
- Jestem hrabina De Saint Cosell, z rodu Poponignione.
- Bardzo mi miło - odparł, biorąc w swoją jej drobną rękę usiadłszy obok. - Ja zaś...
- Do tego kim pan jest dojdziemy później - przerwała mu hrabina. - Teraz żądam aby pan włączył się w poszukiwania Alberta, jest mi potrzebny.
- A kim jest Albert? - spytał zniecierpliwiony.
- Moim służącym.
- A ściślej?
- No... pomagał mi. Przynosił śniadanie, zmiatał kurz. Niech pan tu wokoło spojrzy jak się nakurzyło. Ja bardzo lubiłam Alberta, od kiedy Hrabia... odszedł, Albert zawsze mnie wspierał. Pamiętam raz, jak wrócił późno, a ja spałam, i zbudził mnie. Bał się, że umarłam. Niech pan mi pomoże! Albert...
- Dobrze! Spróbuję. Kiedy go pani ostatnio widziała?
- Właściwie powinien się pan do mnie zwracać per Hrabina, ale już nie będę się bawiła w konwenanse. - odparła staruszka bez związku. - Nie wiem, nie liczę już czasu, moja pamięć nie przechowuje takich informacji. Chyba jakieś... Nie, nie pamiętam. Dawno. - W jej oczach zakręciły się łzy.
- Jak wyglądał Albert?
- W zasadzie, to nie jestem pewna. Wysoki, blondyn, oczy zaś... , ach te jego błękitne oczy! Gdybym była młodsza pewno zakochała bym się w nim.- Westchnęła
- Nie wiem. Nie wiem gdzie teraz jestem, i nic się pani nie przydam. Nie wiem gdzie jest pani Albert, i nie będę w stanie go odnaleźć.
Milczeli przez dłuższą chwilę, wpatrując się w kratę kominka.
- Pamiętam... - zaczęła hrabina. - Pamiętam jak pierwszy raz się pojawił. Byłam wtedy młodsza, ładniejsza. Akurat tego dnia sprzątałam, a hrabina... Cóż ja mówię!, to przecież ja jestem hrabiną. Ja jestem! - Mężczyzna spojrzał na nią, zastanawiając się, do jakiego rodu należą te ręce. W bogaty strój każdy może się przyoblec.
- Och, proszę poczekać! - zawołała nagle, przerywając jego obserwacje. - Ja mam tu zdjęcie, zdjęcie Alberta! Niech pan poczeka. - Wstała. Drobnymi, trzęsącymi się rękami, zaczęła przeszukiwać szufladki sekretarzyka. Pliki karteczek wyrwanych z notatnika, stare książki, zasuszone ogryzki, zmięte gazety o pożółkłym ze starości papierze - wszystko to posypało się na podłogę. Cała ta drobna marność legła pośród kłębów kurzu. Podniósł się, gotów odejść, lecz staruszka zaraz odwróciła się.
- Niech pan nie odchodzi! Niech pan zostanie - Wyjęła mały kartonik. - Tu. Tu jest jego zdjęcie. Niech pan jeszcze zobaczy. To w nie wpatruję się niekiedy, kiedy go nie ma, kiedy czuję się taka... , taka samotna. Niech pan spojrzy. - Wziął kartonik, i uważnie się mu przez chwilę przypatrywał, zwrócił go zaraz czując jak zaciska mu się gardło, z żalu.
- Jest bardzo piękny pani hrabino.
- Dziękuję. Jest pan miły.
- Niestety, nie odnajdę go.
- Wiem - odparła tuląc kartonik do piersi. Oczy błyszczały jej od tłumionych łez.
- Czy na pewno nie ma tu innych drzwi? - spytał.
- Tak, nie ma. Musi pan wyjść przez te.
- Bardzo żałuję pani hrabino, ale muszę już iść. Było mi bardzo miło pani hrabino. - Skłonił się aż do ziemi. Ujął klamkę. Zamarł jeszcze chwilę, przypominając sobie zdjęcie, podane mu przez staruszkę. Kartonik był biały, nie było na nim żadnego wizerunku, żadnego zdjęcia wysokiego blondyna o niebieskich oczach. Spojrzał jeszcze za siebie, na wariatkę. Wariatka pomachała mu swą drobną, kościstą dłonią, przyciskając pusty kartonik do piersi. Mężczyzna uśmiechnął się do niej, wziął głęboki oddech, i otworzył drzwi...
Autor tego rozdziału: KubaGrom
#