Mężczyzna wszedł do kolejnego pomieszczenia. Wszedł sprężystym krokiem, wyprostowany, z uniesioną głową- zupełnie jak Sean Connery w filmach o Jamesie Bondzie. Tak też się czuł. „Jestem kowalem swojego losu”, myślał. Wiedział doskonale, co tu robi, a to dodawało mu jeszcze większej pewności siebie. Przeciętny mężczyzna boi się tego pomieszczenia, ale nie on. Chciał udowodnić coś sobie. Prawdę mówiąc, chciał udowodnić jej, że się myli. Niesłusznie zarzucała mu, że sobie nie poradzi. Przecież on jest stuprocentowym mężczyzną i potrafi wszystko! Wiadomo, bał się trochę, ale nie miał zamiaru okazywać strachu. Znał trochę to pomieszczenie. Oczywiście nie aż tak dobrze jak ona, ale jej tu nie było, postanowiła nie patrzeć mu na ręce. Pewnie bała się, że będzie go rozpraszać w tak trudnym dla niego momencie. Mógł więc działać metodą prób i błędów- w tej grze miał kilka „żyć”. W dzisiejszych czasach trudno jest udowodnić kobiecie, że jest się księciem z bajki. A przecież był, no czego mu brakowało? Chociaż gdyby miał wybierać, wolałby walczyć na miecze o jej miłość. Niestety, dziś czekało go o wiele trudniejsze zadanie.
Coś zabuczało. Wzdrygnął się ze strachu. Ufff- fałszywy alarm. „Jestem twardy, dam radę” powtarzał sobie. Wziął do ręki nóż- wyglądał jak prawdziwy wojownik. Następnie zabrał się do roboty. Nie było tak łatwo jak myślał…
Po kilku godzinach, z uśmiechem triumfu na twarzy, spocony, zmęczony i nieziemsko… głodny, zabrał się za konsumpcję kolacji, którą przygotował dla nich dwojga. Doceniła jego trud, a to liczyło się najbardziej. Od tej pory kuchnia nie jawiła mu się już jako ziejący ogniem potwór. Tylko bucząca zmywarka pozostawiła po sobie niesmak.
Tak więc sam pozmywał, a potem udał się do kolejnego pomieszczenia…
Autor tego rozdziału: ???
#